Niniejszy tekst to polska wersja wykładu Charlesa Richeta, profesora Sorbony i członka Institut de France, wygłoszonego 24 czerwca 1925 roku w Paryżu na Wydziale Medycznym. Józef A. Świtkowski przekazał go po polsku, pokazując jak na początku XX wieku starano się opisywać i badać metapsychikę w sposób naukowy.
Opracowanie przeszło korektę języka, by ułatwić czytanie, poprawiono pisownię, interpunkcję i składnię. Główna treść, myśli autora, oraz przywołane osoby, przykłady i badania zostały bez zmian, pokazując jak opisywano i myślano o takich zjawiskach wtedy.
Opracowanie i redakcja językowa: Piotr Dacjusz Górski
CHARLES RICHET
Profesor Sorbonny i członek „Institut de France”
Według wykładu wygłoszonego 24 czerwca 1925 roku na Wydziale Medycznym w Paryżu.
Spolszczył J. Świtkowski
I.
Nim, stosownie do słusznych ustaw o granicy wieku, zakończę moje wykłady, pragnę z tej wysokiej katedry, którą tak długo zajmowałem, zaznajomić Panów w krótkim zarysie z zasadami parapsychologii *(*Do niedawna powszechnie używany termin techniczny „metapsychika” zastąpiono obecnie we Francji i w Niemczech terminem „parapsychologia”.) — nowej nauki, niewłączonej dotychczas jeszcze do oficjalnej nauki fizjologii. A jednak jest ona częścią fizjologii, do której bezwarunkowo należy. Być może już wkrótce zostanie zaliczona do fizjologii klasycznej.
Nie wmawiam sobie, jakobym to ja stworzył tę naukę, której ośmieliłem się nadać imię. Założył ją jeden z największych uczonych naszego czasu i wszystkich czasów — sir William Crookes. Po Crookesie, po Myersie, usiłowałem uczynić z niej jednolitą i całkowicie naukową dziedzinę wiedzy.
Dawniej „wiedzą tajemną” nazywano mnóstwo osobliwych opowieści, historii demonicznych, fakiryzmu, mesmeryzmu, somnambulizmu, jasnowidzenia i spirytyzmu. Ja nazwałem to wiedzą metapsychiczną.
Na usprawiedliwienie tej nazwy służy mi — mówię to z całą skromnością — powaga Arystotelesa, który w odniesieniu do pewnej księgi o fizyce omawiał prawa zdające się wychodzić ponad fizykę, a przynajmniej poza jej granice, i tę wyższą fizykę nazwał „metafizyką”.
Podobnie w związku z psychologią klasyczną istnieje także inna dziedzina, dawniej nazywana tajemną, która wykracza poza psychologię klasyczną, a przynajmniej następuje po niej. Jest to metapsychologia, czyli parapsychologia.
II.
Przede wszystkim należy określić znaczenie słowa „parapsychologia”. Zjawisko nazywamy parapsychologicznym wtedy, gdy nie można go wytłumaczyć faktami znanymi, należącymi do normalnej psychologii, normalnej mechaniki albo normalnej fizjologii, a więc poznanymi, opisanymi i klasycznymi.
Cóż zresztą mówić o „normalności”, skoro wszystko jest zawsze normalne. Błędem jest przyjmować, jakoby przyroda wytwarzała zjawiska nienormalne, niepodlegające określonym prawom. Zamiast o zjawiskach normalnych należałoby mówić raczej o zwyczajnych.
Czytanie listu, który schowano w nieprzejrzystej, szczelnie zamkniętej kopercie, z pewnością nie jest zdarzeniem zwyczajnym. Jest niezwykłe, nawet nadzwyczaj niezwykłe. A przecież czytanie takiego listu jest zjawiskiem normalnym, w każdym razie uwarunkowanym określonymi prawami. Czy znamy te prawa, czy też ich nie znamy, nie ma tu znaczenia.
Oczywiście, zanim uznamy takie fakty nieprawdopodobne i niezwykłe za prawdziwe, musimy zachować niezachwianą dyscyplinę naukową. Musimy wykluczyć wszystkie hipotezy, nawet najbardziej przekonujące, zanim wyciągniemy wniosek, że mamy do czynienia ze zjawiskiem parapsychologicznym. Skoro jednak fakt już istnieje, na przekór wszelkim zarzutom — nieubłagany i nieodparty — wówczas musimy go uznać, jeżeli nie chcemy zaprzeć się wszystkich naszych zasad naukowych i bezwzględnych praw metody doświadczalnej.
Uprzytomnijcie sobie, Panowie, że mówi do Was profesor fizjologii, a on nie kieruje się żadnym innym drogowskazem, jak tylko doświadczeniem. Byłem uczniem Claude’a Bernarda, Vulpiana, Mareya, Berthelota i Wurtza i uważałbym się za naukowo zhańbionego, gdybym za przykładem i nauką tych sławnych mężów nie trzymał się zawsze doświadczenia jako najwyższego drogowskazu moich sądów.
Tak opancerzony mogę nie dbać o wrzask opinii publicznej — zarówno w sprawach moralności, jak i nauki. Należy sobie ciągle powtarzać, że wszystkie zdobycze wiedzy były początkowo prześladowane, pogardzane, spotwarzane i mieszane z błotem.
Gdy Harvey niezbitymi eksperymentami dowiódł krążenia krwi, obalił tym klasyczną fizjologię Hipokratesa i Galena i przez trzydzieści lat wywoływał oburzenie wszystkich profesorów, a szczególnie profesorów paryskich.
Gdy Lavoisier stwierdził, że życie jest spalaniem, a więc zjawiskiem chemicznym, obrócił tym wniwecz niejasne idee Stahla i Willisa.
Gdy Claude Bernard dowiódł, że organizm zwierzęcy wytwarza cukier, uczynił sobie wrogów ze wszystkich lekarzy i fizjologów.
Pasteur spotkał się z zaciekłą opozycją, gdy przedstawił swoją zadziwiającą teorię mikrobów.
Gdy Akademii Nauk pokazano pierwszy telefon, jeden z najsławniejszych profesorów naszego Wydziału z oburzeniem nazwał to brzuchomówstwem.
Przed Mareyem i przed naszymi pierwszymi próbami wzlotów widziano niepoprawnych głupców we wszystkich tych, którzy chcieli budować maszyny latające cięższe od powietrza.
Johannes Müller, jeden z najpoważniejszych fizjologów, powiedział, że nigdy nie uda się zmierzyć szybkości przewodzenia nerwowego. Dwa lata później Helmholtz podał dokładną metodę takiego pomiaru.
Prévost i Dumas mówili: nie da się nigdy otrzymać czystej substancji ciałek krwi. Wiecie Panowie wszyscy, że dziś otrzymywanie czystej, skrystalizowanej hemoglobiny jest jednym z najprostszych zadań chemii fizjologicznej.
Nie pochlebiam sobie, że robię coś równego tym mistrzom. O ile jednak jestem rewolucyjny, o tyle śmiem powoływać się na nich i uznawać jedynie eksperyment. Odrzucam stanowczo banalności światowe, nie dbam o przesądy, teorie ani opinię uczonych rutynowanych i zaślepionych, którzy nie chcą widzieć faktów i swoje zdania układają według opinii ogółu, a nie według doświadczeń eksperymentalnych.
Zapewne to, co Wam przedstawię, wyda się Panom obce i burzycielskie. Nie sądźcie mnie jednak, Panowie, zanim mnie wysłuchacie. Chciałbym powiedzieć tak, jak niegdyś przed bitwą pod Salaminą powiedział Temistokles do Eurybiadesa, dowódcy floty ateńskiej: „Uderz, ale mnie wysłuchaj”. A słowa te ocaliły zastępy greckie. Moi Panowie, słuchajcie najpierw, nim uderzycie. Spróbujcie mnie zrozumieć i nie potępiajcie mnie przed wysłuchaniem.
III.
Spróbuję ustalić podstawowe prawdy parapsychologii.
Aby wprowadzić pewien ład w nagromadzone fakty, dzielę parapsychologię na dwie dokładnie odgraniczone dziedziny, wymagające całkiem odrębnych metod, których wyników nie można uważać za ustalone w jednakowym stopniu: na parapsychologię podmiotową, czyli subiektywną, oraz przedmiotową, czyli obiektywną.
Parapsychologia podmiotowa polega na badaniu zjawisk niezwykłych, przy których nie występuje żaden objaw niezwykły pod względem mechanicznym lub materialnym. Pozostaje ona dziedziną czysto psychologiczną. Czytanie listu przez nieprzejrzystą kopertę nie wprowadza żadnego nowego czynnika do mechaniki, chemii ani fizyki. Jest to zjawisko czysto psychologiczne.
Parapsychologia przedmiotowa zajmuje się natomiast badaniem zjawisk mechanicznych lub materialnych, których nie można wyjaśnić za pomocą dotychczasowej mechaniki, fizyki lub chemii. Ruch przedmiotów niedotykanych, zjawiska świetlne, pukanie w stół bez jego dotykania, postacie na pozór żyjące, widywane przez większą liczbę osób i niekiedy fotografowane, hałasy dochodzące z oddali — oto zjawiska oznaczające coś więcej niż tylko nową czynność psychiczną, ponieważ łączą się z nimi mechaniczne ruchy przedmiotów, których nie można wyjaśnić za pomocą zwyczajnej mechaniki.
Jeszcze jedna zasadnicza różnica oddziela parapsychologię podmiotową od przedmiotowej. Zjawiska parapsychologii podmiotowej są stosunkowo częste. Mógłbym przytoczyć Panom setki charakterystycznych przykładów. Nie ma chyba rodziny, w której przy dokładniejszym badaniu nie dałoby się wydobyć na jaw przypadku tego rodzaju. Eksperymenty w dziedzinie podmiotowej są uderzające. Istnienie parapsychologii podmiotowej zostało wykazane stanowczo i niezbicie.
Bardzo rzadkie są natomiast przypadki parapsychologii przedmiotowej i chociaż jestem przekonany o ich prawdziwości, uznaję doniosłość zarzutów, jakie można tutaj postawić.
IV. Zjawiska parapsychologii podmiotowej
Parapsychologię podmiotową można sprowadzić do bardzo prostej formuły, niemającej bynajmniej charakteru teoretycznego, lecz będącej jedynie stwierdzeniem faktu, który wydaje mi się całkiem jasny. Można ją ująć w ten sposób: Do poznawania rzeczywistości prowadzą także drogi leżące poza zwyczajnymi spostrzeżeniami zmysłowymi.
To znaczy: duch posiada zdolność poznawania części rzeczywistości także bez dowiadywania się o niej za pomocą wzroku, słuchu, powonienia czy dotyku.
Aby dojść do stwierdzenia tego faktu, potrzebne są obserwacja i doświadczenie. Powiem najpierw o obserwacjach, a tych jest niesłychanie wiele. Zebrali je z nadzwyczajną troskliwością moi uczeni przyjaciele z Society for Psychical Research w Londynie. Często chodzi tutaj o halucynację, którą nazywa się „prawdziwą”, ponieważ pozostaje zgodna ze zdarzeniem zewnętrznym, którego nie można było przewidzieć.
Wielka jest liczba dokładnie stwierdzonych przypadków, w których ludziom ukazywał się obraz jakiegoś człowieka właśnie w chwili, gdy człowiek ten umierał.
Mogąc w tym krótkim wykładzie przedstawić jedynie bardzo skąpy obraz zagadnienia, ograniczę się do dwóch faktów.
Smith, urzędnik bankowy w Londynie, wraca z biura i w domu spokojnie rozmawia z żoną po obiedzie. Nagle pyta: „Która godzina?” „Jest wpół do ósmej”. „A więc Fred umarł o wpół do ósmej. Właśnie go ujrzałem”. I w tym właśnie czasie Fred rzeczywiście umarł, chociaż wcześniej wcale nie chorował.
Pan Wingfield, przebywając w Indiach na swoim jachcie, spostrzega na jawie brata wchodzącego do kabiny — bladego i smutnego. Przerażony tym, udaje się do drugiej kabiny i zapisuje w swoim kalendarzu początkowe litery imienia brata oraz słowa: „Niech go Bóg ma w opiece”. Notuje ponadto datę i godzinę. Tego samego dnia i o tej samej godzinie jego brat, William Baker, spadł w Anglii z konia podczas polowania i umarł.
Ale dosyć. Mógłbym Panom przytoczyć setki podobnych przypadków, równie niezbitych, których nie można wyjaśnić ani pomyłką, ani oszustwem, ani przypadkiem. Fryderyk Myers nadał takim halucynacjom, mniej lub bardziej zgodnym z rzeczywistością i stwierdzonym w warunkach niewątpliwych, nazwę „telepatii”. Przypuścił, że drgania mózgowe osobnika A udzielają się w sposób niewyjaśniony osobnikowi B. Angielskie Society for Psychical Research wkrótce przyjęło to przypuszczenie i teoria telepatyczna została powszechnie uznana. Mnie wydaje się ona, jeśli nie wprost błędna, to przynajmniej niezupełna.
Nasze myślenie, nasze fale mózgowe, są częścią rzeczywistości, a jako takie mogą być spostrzegane, podobnie jak każdy inny jej fragment. Jednak związku naszego poznawania wyłącznie z falami mózgowymi nie uważam za wystarczające wyjaśnienie, ponieważ często poznajemy taką rzeczywistość, której nie zna żaden ludzki mózg.
Jeżeli spośród dziesięciu kopert zawierających dziesięć różnych, nieznanych mi odpowiedzi wybiorę na ślepo jedną, wówczas żaden człowiek na świecie nie może wiedzieć, którą z tych dziesięciu wybrałem. W jaki więc sposób medium dochodzi do tego, aby podać zawartość wybranej koperty?
Podobnie trudno pojąć, jak spośród mnóstwa drgań uderzających w żywy mózg właśnie to jedno miałoby wywierać wpływ. Nawet łatwiej jeszcze pojmuję, że ktoś zdoła odczytać przez zamkniętą kopertę list, na którym wielkimi literami napisano słowo „Marguerite”, niż to, że wypowie „Marguerite” dlatego, iż ja mniej lub bardziej wyraźnie myślę o osobie noszącej to imię.
Istnienie telepatii nie ulega wątpliwości, ale jest ona jedynie przypadkiem szczególnym. Całe zjawisko jest znacznie bardziej ogólne. Na razie zatem, nie wdając się w teorie, przyjmijmy, że przedmioty wysyłają drgania, na które większość ludzi pozostaje niewrażliwa, ale które mogą być dostępne poznaniu pewnych osób. Takie poznawanie odbywa się zwykle nie w sposób odpowiadający bezpośrednio rzeczywistości, lecz w formie symbolicznej.
Z licznych i dokładnych obserwacji wynika, że zdarzają się zawiadomienia o śmierci, to znaczy, że w pewnych przypadkach dowiadujemy się o rzeczywistości, a rzeczywistość ta przybiera postać symbolu jako wrażenie słuchowe lub wzrokowe. Faktycznie, przynajmniej na razie — a należy być bardzo ostrożnym z wszelkim zaprzeczaniem — nie mogę uwierzyć, jakoby ukazywało się rzeczywiste widmo zmarłego, jak utrzymuje teoria spirytystyczna. Hipoteza ta napotyka mnóstwo zarzutów. Chętniej pozostaję w obrębie fizjologii pozytywnej i mówię, że w umyśle pana Smitha lub pana Wingfielda nastąpiło ulotne, niewyraźne poznanie rzeczywistości, które przybrało formę widma. Wydaje mi się, że widma te posiadają nie więcej rzeczywistości niż nieokreślone postacie, które podczas snu przesuwają się przed oczami naszego ducha.
V. Przeczucia
Wystrzegajmy się wszelkiej teorii i pozostańmy w zakresie obserwacji. W tym ograniczonym zakresie dają się stwierdzić jeszcze inne fakty, niezmiernie zawiłe, a stają się one tym bardziej skomplikowane, że zdają się pozostawać w sprzeczności z naszą wolną wolą. Faktycznie istnieją nie tylko odczucia, ale również przeczucia. To znaczy, że prócz poznawania rzeczywistości obecnej i przeszłej istnieje także poznawanie rzeczywistości przyszłej.
Wybiorę tylko cztery przykłady spośród ponad pięćdziesięciu, którymi rozporządzam.
Pan Litowski, urzędnik Ministerstwa Wojny w Petersburgu, śni, że się topi, że wraz z drugim towarzyszem niedoli na desce broni się przed utonięciem i że wreszcie tonie. Rano mówi do żony: „Już niedługo będę żył. Zamów suknie żałobne”. Mija sześć miesięcy. Ów sen wreszcie ulatuje mu z pamięci. Wtedy otrzymuje rozkaz udania się na okręt w Odessie i ponownie, z jeszcze większym naciskiem niż przed pół rokiem, mówi: „Już niedługo pożyję”. Przed odjazdem sam wybiera suknie żałobne dla żony. W kilka godzin po odbiciu od portu jego okręt zderza się z drugim. Statek zanurza się, Litowski wpada do wody, wraz z towarzyszem ratuje się na desce, rozpaczliwie walczy o życie, ale tonie. Uratowany towarzysz przekazał wiadomość o rozbiciu okrętu.
Panu Figueroa, przewodniczącemu Klubu Szermierzy w Palermo, śni się, że wchodzi do małego domku. Wita go człowiek ubrany na czarno, w wielkim kapeluszu, i wskazuje mu drogę na kręte schody, klepiąc przy tym po grzbiecie muła stojącego na drodze. Śniący wchodzi do izby, w której stoi wielkie łóżko o szczególnej formie, a na ścianach wiszą kiście kukurydzy i cebule. Spostrzega także dwie kobiety — młodą i starszą. Ten niezwykle żywy sen opowiada żonie. W kilka miesięcy później, powołany na świadka w sprawie honorowej, jedzie z przyjaciółmi do wsi, której wcześniej nie znał nawet z nazwy. Nagle dostrzega szczegóły znane mu ze snu. Człowiek w czarnym kapeluszu wskazuje mu kręte schody i klepie muła po grzbiecie. Schodami tymi dostaje się do izby, w której na ścianach wiszą kukurydza i cebule, a przed wielkim łóżkiem o dziwnej formie spostrzega dwie kobiety — młodą i starszą.
Przyjaciel mój, dr Osty, przybywa do Paryża i przed podróżą do Bretanii szuka mieszkania. Przepowiedziano mu, że podczas tej podróży znajdzie mieszkanie w Paryżu, w pobliżu Sekwany, przy ulicy, której nazwa zaczyna się na literę B. Będzie to mały domek w ogrodzie, a przed nim znajdować się będzie gipsowy posąg. Między Paryżem a Lorient spotyka osobę, która mówi mu: „Znajoma moja przeprowadza się i może pan zająć jej mieszkanie przy ulicy Boulainvilliers”. Po powrocie do Paryża udaje się pod wskazany adres i widzi domek z gipsowym posągiem w ogrodzie. Następnie zajmuje to mieszkanie.
Opowiem wreszcie pewną historię należącą do tej samej kategorii, która zyskała sławę. Pod koniec listopada 1913 roku odwiedził mnie dr Tardieu, znakomity lekarz z Mont-Dore, który był uczniem mojego ojca. Tardieu powiedział: „Nadeszła już pora wyjawienia pewnych dawnych zdarzeń, za których prawdziwość ręczę. W lipcu 1869 roku byłem w Ogrodzie Luksemburskim na przechadzce z Saurelem, moim druhem, utalentowanym matematykiem, który wówczas był asystentem obserwatorium astronomicznego. Nagle ujrzałem rysy twarzy Saurela zmienione jak gdyby w ekstazie i usłyszałem jego pamiętne słowa: »Widzę cię w mundurze. Ty liczysz pieniądze zebrane do czapki i idziesz jako żołnierz pod Hirson, pod Sedan. O, mój biedny kraju, co za klęska! Ale i ja jestem w mundurze, i to wyższego oficera. Jestem jednak chory i w ciągu trzech dni umrę. A ty przyjdziesz jeszcze na czas, aby mnie ujrzeć. Teraz jeszcze coś… Mija długi czas i znowu krew, znowu bitwy. Tyle krwi! Ale tym razem Francja będzie ocalona, stanie nad Renem, w Kolonii. O Francjo! Ty jesteś królową świata i podziwiają cię wszystkie narody«”.
Gdy Tardieu skończył swoje porywające opowiadanie, poprosiłem go, aby zapisał je na papierze, co też natychmiast uczynił. W maju 1914 roku oddałem je do druku i opublikowałem. Zważcie datę: maj 1914 roku. Tardieu dodał: „Wszystkie szczegóły dotyczące mojego stroju i pieniędzy w czapce, podane przez Saurela, sprawdziły się po roku. Pod koniec sierpnia, jadąc ambulansem Czerwonego Krzyża na wschód, urządziłem na bulwarach zbiórkę pieniężną do czapki. Gdy w pociągu pytali mnie towarzysze, dokąd jedziemy, przypomniało mi się nagle to, co powiedział Saurel, i odpowiedziałem: »Na Hirson, na Sedan!« Saurel powrócił pod koniec września 1870 roku do Paryża. Wkrótce potem zachorował i po trzech dniach umarł. Ledwie zdążyłem zobaczyć go przed śmiercią. A o drugiej przepowiedni, która jeszcze się nie sprawdziła i może się nie spełni, wiem, że nadszedł już czas, aby ją Panu wyjawić, ponieważ wypadki będą następowały szybko po sobie”.
Sądzę, moi przyjaciele, że po takich przepowiedniach i po tak uderzającym ich potwierdzeniu nie będziecie wątpili w istnienie przeczuć.
Znakomity mój kolega Bozzano, jeden z najbardziej uczonych współczesnych parapsychologów, powiedział: „Przeczucia są w parapsychologii faktem najniezwyklejszym, a zarazem najniezbiciej stwierdzonym”.
Wiem, że te krótkie przykłady wymagałyby poparcia liczniejszymi szczegółami, ale zmierzam już do wniosku: pewne przeczucia odnoszące się do zdarzeń nieprawdopodobnych nie mogą polegać na ślepym przypadku.
Jak każdy zresztą, czuję i ja całą dziwaczność i nieprawdopodobieństwo przeczuć. Mają one w sobie coś przeciwnego rozsądkowi. Chciałoby się powiedzieć: „To jest niemożliwe”. Niech jednak będzie, jak chce. Ja powiem wraz z wielkim Williamem Crookesem: „Nie twierdzę bynajmniej, że to jest możliwe. Mówię tylko, że to jest faktem”.
VI. Eksperymenty parapsychologii podmiotowej
Od obserwacji przejdźmy do eksperymentu. Zarówno swoją licznością, jak i jakością obserwacje dostarczają dowodów przekonujących. Jest jednak coś jeszcze bardziej przekonującego niż prosta obserwacja. Są obserwacje „wywołane” — są eksperymenty. A przez nie wchodzimy już w dziedzinę psychologii czystej, gdyż obserwacja wywołana to determinizm eksperymentalny.
Dla uproszczenia nazwijmy kryptestezją, to znaczy utajoną zdolnością wyczuwania, tę niezwykłą zdolność, którą w rzadkich przypadkach posiada duch — zdolność odbierania znaków, czyli drgań, jakich nie mogą odbierać nasze normalne zmysły. Jest już niemal dowiedzione, że zdolność tę, u większości ludzi pozostającą w stanie utajonym, można wydobyć na jaw za pomocą hipnozy, somnambulizmu lub stanu transu mediumicznego. Można zatem metodycznie i z całym spokojem badać u takich osób ich kryptestezyjną zdolność jasnowidzenia.
Mogę Panom również tutaj przedstawić przykłady całkowicie przekonujące.
Przyjaciel mój, Héricourt, podaje mi zamkniętą kopertę zawierającą rysunek, którego wcale nie znam. Medium Alicja mówi, że widzi w kopercie żołnierza z trzema paskami. Rysunek przekazany mi przez Héricourta przedstawiał go, według zdjęcia fotograficznego, w czapce z trzema paskami. Alicja nie znała Héricourta. Czy nazwiecie to przypadkiem?
Czcigodny mój przyjaciel F. Myers przyprowadza do mnie panią Thompson. Syn mój, Jerzy, który właśnie był u mnie, daje pani Thompson swój zegarek z prośbą, aby powiedziała wszystko, co zdoła odczuć. Wtedy pani Thompson wypowiada słowa uderzająco trafne: „Na tym zegarku jest krew. Zniszczone są trzy pokolenia”. Faktem jest, że zegarek ten należał do wuja mojego syna, poległego w 1870 roku w bitwie pod Vendôme. Ojciec mój wziął go później i podarował wnukowi, czyli mojemu synowi. Czy można twierdzić, że te „trzy pokolenia” są również czystym przypadkiem?
A oto dalszy przypadek kryptestezji, szczególnie uderzający. W lipcu 1904 roku pani R. mówi dwóm moim przyjaciołom, za pomocą pukania w stolik: „Banca, śmierć czyha na familię”. Nie rozumiemy, co ma to znaczyć, gdyż żadna z obecnych osób nie nazywa się Banca ani Bianka. Następnego dnia o trzeciej po południu nadchodzi do Paryża wiadomość o skrytobójczym zamordowaniu Dragi, królowej serbskiej, zabitej wraz z dwoma braćmi w pałacu. Dzień później czytam w dziennikach, że ojciec Dragi nazywał się Panca. A zatem słowa „śmierć czyha na familię” oznaczały z zadziwiającą dokładnością tragedię, której uległa rodzina Panca. Zgodność czasu jest zupełna, gdyż czas belgradzki wyprzedza o półtorej godziny czas paryski.
Ze wszystkich jednak przypadków kryptestezji do najciekawszych należą te, które odnoszą się do pani Piper. Obserwował je wielki uczony Fryderyk Myers, wybitny psycholog z Cambridge, dalej przyjaciel mój sir Oliver Lodge, jeden z najbardziej pomysłowych fizyków współczesnych, oraz Richard Hodgson i James Hyslop, dwaj znakomici psychologowie amerykańscy. Ci wybitni mężowie badali panią Piper z największą starannością przez dziesięć lat i ogłosili trzy obszerne tomy zawierające wyniki swoich badań. Wszyscy doszli do całkowitej pewności, że pani Piper drogą zwykłych spostrzeżeń zmysłowych nie mogła zdobyć wiedzy o faktach, które następnie opowiadała.
Gdy umarł niejaki Jerzy Pelham, pani Piper, która niemal go nie znała, powiedziała nagle w transie: „Ja jestem Jerzy Pelham. Zawołajcie mojego ojca i matkę”. Następnie poleciła zawołać jego narzeczoną, profesorów, różnych krewnych i przyjaciół. Przez sześć miesięcy ów zmarły Pelham, przemawiając przez usta pani Piper, rozmawiał ze wszystkimi, którzy znali go za życia, i przypominał im poufne rozmowy, jakie wcześniej z nim prowadzili.
Wobec tego niezwykłego zjawiska spirytyści sięgnęli po bardzo proste wyjaśnienie: Pelham miał wcielić się w panią Piper. Ja wolę trzymać się ścisłego przedstawienia faktu, a mianowicie tego, że pani Piper dzięki swojej niezwykłej zdolności kryptestezyjnej znała takie szczegóły, których jej zmysły nie ujawniły i ujawnić nie mogły.
A to już jest dużo. W ogóle przy każdej nadarzającej się sposobności pani Piper dawała dowody zadziwiającego jasnowidzenia. Nie tylko wtedy, gdy przemawiała jako George Pelham, ale również wtedy, gdy pozwalała przemawiać przez siebie wielu innym osobom, nieraz fantastycznym.
Oliver Lodge streszcza swoje doświadczenia w ten sposób: „Wiedza, jaką pani Piper posiada o przedmiotach i ludziach, wyklucza współdziałanie normalnego spostrzegania zmysłowego”. Hyslop zaś mówi: „Żadnego z moich przeżyć osobistych nie jestem bardziej pewny niż tego, że pani Piper w czasie stanu transowego zna rzeczy, o których na jawie w żaden sposób wiedzieć nie mogła”.
Fryderyk Myers powiada: „Faktów przytoczonych nie mógłby jej podać do wiadomości nawet zręczny detektyw, a o wielu innych mogłaby się dowiedzieć tylko z niesłychanym nakładem czasu i pieniędzy”.
Skoro ci trzej wielcy uczeni, po długich i wytężonych studiach, składają takie orzeczenie i wypowiadają stanowcze wnioski, niepodobna pozostać niewzruszonym ani wyciągać wniosków innych niż oni, jeżeli samemu nie prowadziło się licznych i długotrwałych eksperymentów.
Fakty kryptestezji są zatem stwierdzone niezbicie. Wszyscy, którzy metodę doświadczalną uznają za podstawę wszelkiej wiedzy, muszą być nimi przekonani. Na zakończenie podam Panom kilka dalszych faktów, które wiarę Panów wzmogą aż do pewności, chyba że postanowicie — czego zresztą nie przypuszczam — zaprzeczać faktom najbardziej rzucającym się w oczy. Podam tylko cztery przypadki, które zdarzyły się stosunkowo niedawno i mają nieodpartą wartość dowodową.
1. Lekarz zakładu dla obłąkanych w Tambowie, pan Chowrin, miał pacjentkę mogącą czytać listy zamknięte w kopertach. Aby nie dać się oszukać, stosował szczególne środki ostrożności. Jeden z jego kolegów napisał mikroskopijnie drobnymi literami zdanie, a następnie włożył je w papier światłoczuły, tak aby pisma nie można było odczytać bez naruszenia tego papieru. Eksperyment ten udał się trzy razy, pod kontrolą różnych lekarzy w mieście Tambowie.
2. Pan Reese, Polak osiadły w Ameryce, bierze kolejno dziesięć różnych pism umieszczonych w zamkniętych kopertach. Nie tylko odczytuje jedno po drugim, lecz także odpowiada na pytania zawarte w tych kopertach, a odpowiada tak trafnie, że w sposób normalny nie mógłby uczynić tego lepiej.
Czcigodny mój przyjaciel Maxwell, prokurator naczelny sądu w Bordeaux, pisze coś na siedmiu kartkach papieru, sześć z nich wkłada do różnych szuflad, a siódmą zachowuje przy sobie w kieszeni. Reese podaje treść tej ostatniej, mówiąc: „Pan pyta o imię swojej matki? Nazywała się Maria Angelika”. Odczytał więc pytanie i jednocześnie na nie odpowiedział. Czy można to nazwać przypadkiem?
Reese dawał Schrenck-Notzingowi podobne dowody kryptestezji, a Schrenck, badacz sumienny i nadzwyczaj ścisły, uznał Reesego za jednego z najbardziej niezwykłych ludzi współczesnych.
Miałem szczęście móc gruntownie obserwować dwóch ludzi obdarzonych nadzwyczajną zdolnością kryptestezyjną: Stefana Ossowieckiego i Ludwika Kahna.
3. Ossowiecki nie jest medium zawodowym, lecz polskim szlachcicem i inżynierem. Potrafi czytać listy przez zamknięte koperty, a Geleyowi, mnie i wielu innym dawał dowody zdumiewającej kryptestezji.
Przed moim wyjazdem do Warszawy pani de Noailles wręczyła mi trzy starannie zapieczętowane koperty, których zawartości wcale nie znałem. Stefan wziął jedną z nich i powiedział: „To odczytam”. Przez chwilę trzymał list w ręku, a następnie powiedział: „Jest tam coś o przyrodzie, coś od wielkiego poety francuskiego Rostanda. Zawiera wiele światła i noc. Są to wiersze z »Chanteelera«, wypowiadane przez koguta”. Pani de Noailles napisała: „Jest noc. Jak pięknie jest wierzyć w światło. Edmund Rostand”. Te słowa wypowiada kogut w „Chanteelerze”.
Ponieważ Stefan niezbyt lubił tego rodzaju eksperymenty, obiecałem mu dla zachęty, że jeżeli doświadczenia się powiodą, postaram się o autograf Sary Bernhard. Zgodził się. Wysłałem więc do mojej sławnej przyjaciółki telegram z prośbą, aby napisała mi coś własnoręcznie i przysłała w opieczętowanej kopercie. Odpowiedź otrzymałem najbliższą pocztą, wprost od listonosza w Warszawie, w hotelu. Podałem ją Ossowieckiemu, który w jasnym świetle, po długim zwlekaniu, pod uważnym spojrzeniem moim i Geleya, powiedział: „Życie wydaje się nam skromne, gdyż jest… tu pojawia się słowo francuskie, którego nie mogę przeczytać, ale wiem, że ma osiem liter”. Sara Bernhard napisała zaś: „Życie wydaje się nam piękne, gdyż wiemy, że jest znikome (éphémère)”.
Następnego dnia, podczas uczty, Ossowiecki bawił obecnych odgadywaniem liczb i słów, ale działo się to bez kontroli naukowej. Poprosiłem go więc o eksperyment poważny, posiadający wartość dowodową. Odwróciłem się od niego, wziąłem ćwiartkę papieru, napisałem na niej jedno krótkie słowo i trzymałem kartkę zgniecioną w zamkniętej dłoni. Następnie podałem Stefanowi tę zamkniętą rękę. Stefan powiedział: „To jest bardzo krótkie. Jest tam T z dwiema kreskami, potem zero i rzymska I”. Napisałem „TOI”, a przez literę T poprowadziłem dwie małe kreseczki.
Jeden z najbardziej niezwykłych przykładów kryptestezji, jaki zawdzięczamy Stefanowi, był następujący. Żona prezesa Trybunału Kasacyjnego w Warszawie powiedziała mu: „Zgubiłam broszkę, na której bardzo mi zależy. Czy mógłby mi ją pan odnaleźć?” Ossowiecki roześmiał się z tego żądania. A jednak trzeciego dnia, gdy poszedł na przechadzkę, spotkał nieznanego człowieka, spojrzał na niego uważnie i niespodziewanie powiedział: „Pan znalazł na ulicy broszkę ze szafirem i brylantami”. I tak było.
4. Ostatni przypadek niezwykłej kryptestezji wydarzył się bardzo niedawno. Gdyby nawet nie były znane żadne inne spośród niezliczonych przypadków kryptestezji, ten jeden wystarczyłby, aby nas niezachwianie przekonać. Obserwowałem go nie tylko ja. Obserwowali go także moi przyjaciele Osty i Lassablière, nauczyciel naszego Fakultetu, mój przyjaciel Cuneo oraz trzej wybitni moi koledzy z Académie des Sciences: Berthelot, Ferrie i Leclainche. Wszyscy oni mogli wraz ze mną stwierdzić fakty i są gotowi złożyć o nich świadectwo.
Wezwano Kahna, aby przeszedł do pokoju sąsiedniego. Gdy wyszedł, pisano różne zdania, proste lub zawiłe, na ćwiartkach papieru, które następnie składano na pół, we czworo i w ośmioro, a wreszcie zaklejano paskami gumowanymi, aby… [brak jednej linijki — tekst nieczytelny]
Gdy przygotowano w ten sposób cztery zdania, przywołano Kahna z powrotem i pokazano mu poskładane papiery. Czasami dotykał któregoś z nich lekko, a czasem nie dotykał żadnego. Następnie biorę jeden papier do prawej ręki, drugi do lewej, trzeci kładę pod przyciskiem na biurku, a czwarty spalam na popiół. Wszystko to dzieje się oczywiście przy jasnym świetle. Jestem sam z Kahnem, a ponieważ wcześniej pomieszałem papiery, nie wiem już, który trzymam w prawej ręce, który w lewej, a który spaliłem.
Kahn pisze coś na skrawku papieru, a potem, po dwóch czy trzech minutach, mówi: „Proszę rozwinąć papier w prawej ręce. Jest na nim napisane »Virgilius Maro«”. Zgadzało się. „Na kartce w lewej ręce jest napis »Verite aux Parenees«”. Rozwijam kartkę — rzeczywiście tak jest. „Proszę wyjąć kartkę spod przycisku. Są na niej słowa: »En avant«”. Patrzę — i to się zgadza. „A na kartce spalonej było angielskie słowo »Shoking«”. Także prawda.
Generał Ferrie napisał zdania trudniejsze: „Hipoteza Wegenera, lampa o 3 elektrodach”. I to Kahn odczytał trafnie. Daniel Berthelot napisał po łacinie: „Vulnerant omnes, ultima necat”, a ponadto zdanie greckie zapisane literami łacińskimi. Wszystko to zostało odczytane dokładnie.
Osty, Lassablière i Cuneo osiągnęli takie same wyniki w tych samych warunkach.
Nie będę zatrzymywał się nad wychwalaniem tych kolegów i przyjaciół, ale zapewne każdy przyzna mi, że ich rozum co najmniej dorównuje przeciętnemu poziomowi rozumu ludzkiego. Aby zaś przy takich eksperymentach, prostych i rozstrzygających, nie dostrzec oszustwa i nie zauważyć dokonywanych podstępów, musieliby posiadać rozum znacznie niższy od przeciętnego poziomu nawet najskromniejszego człowieka.
Przez panią Piper, przez Chowrina, przez Reesego, przez Ossowieckiego i przez Kahna stwierdzona została bez zarzutu kryptestezja, to jest poznawanie rzeczywistości środkami leżącymi poza zwykłym spostrzeganiem zmysłowym. Kryptestezja jest tak samo udowodniona jak kurczenie się mięśni pod wpływem strychniny, jak wchłanianie tlenu przez krew, jak spalanie wodoru w tlenie czy jak istnienie azotu w powietrzu.
Wątpić o niej można tylko wtedy, gdy ma się śmiałość powiedzieć: „Nie wierzę w metodę eksperymentalną”.
Tak jest. Niech nadal zaprzeczają ci, którzy wbrew naszym licznym eksperymentom — dokładnym, niezachwianym, skrupulatnym i rozstrzygającym — wolą trzymać się opinii niewiedzącego tłumu. Wszak dawniej zaprzeczano możliwości istnienia aerolitów, samolotów, telefonów, mikrobów i radiografii. Tych zacofańców pozostawiam tłumowi nieuków.
VII. Teoria kryptestezji
A teraz dlaczego nie zająć się nieco teorią? Najpierw odsunę, przynajmniej na razie, hipotezę spirytystyczną — tego deus ex machina, który wie wszystko. Przyjmę raczej inne, bardzo proste przypuszczenie, jedną z tych hipotez roboczych, którymi tak chętnie posługiwali się Magendie i mój inny szanowny przyjaciel, Claude Bernard.
Wokół nas istnieją drgania eteru, których nie spostrzegamy — a jednak one istnieją. W tej sali, w której do Panów przemawiam, nie można usłyszeć koncertu, moglibyście więc Panowie powiedzieć, że muzyka nie istnieje. Ale postawcie na tym stole aparat odbiorczy z głośnikiem, a usłyszycie koncert, który odbywa się właśnie na wieży Eiffla. Możliwe jest zatem, że od otaczających nas przedmiotów, nawet najmniejszych, rozchodzą się pewne drgania. Nie odczuwamy ich, ponieważ nie jesteśmy ani dostatecznie wrażliwi, ani mediumiczni. Gdyby jednak znalazła się tutaj osoba obdarzona szczególną wrażliwością — nazwałem ją kryptestezją, tajemniczo i niezrozumiale — wówczas osoba ta odczuwałaby owe drgania, chociaż dla zwykłych ludzi pozostają one niedostępne.
Wystarczy zatem przyjąć dwie przesłanki, które — choć może się to wydawać bardzo śmiałe — wobec sumiennie przeprowadzonych eksperymentów muszą zostać uznane:
- Rzeczy i poruszenia wywołują pewne drgania.
- Drgania te mogą być odczuwane przez istoty obdarzone szczególną zdolnością do ich odbierania.
W ten sposób nadamy naukowy charakter pozornie cudownym zjawiskom kryptestezji, mimo że pozostaje jeszcze szereg nowych faktów, trudnych do stwierdzenia.
Kryptestezja jest jedną z najwspanialszych zdobyczy psychologii doświadczalnej. Mamy już dziś na nią przekonujące dowody i jestem pewien, że fizjologowie, jeśli energicznie zabiorą się do pracy, dojdą do niezwykle ważnych wyników. Praw jej jednak jeszcze nie znamy. Tutaj, moi przyjaciele, pozostają wielkie rzeczy do odkrycia.
VIII. Parapsychologia przedmiotowa
(Parapsychofizyka)
Zatrzymałem się tak długo przy parapsychologii podmiotowej, że niewiele czasu pozostaje mi już na przedstawienie Panom obecnego stanu parapsychologii przedmiotowej.
Ona również opiera się na obserwacji i eksperymencie. Obserwacje są tutaj jednak bardzo skąpe.
Prawie zawsze tak zwane halucynacje prawdziwe, to znaczy odczucia odpowiadające zdarzeniu odległemu, dotyczą tylko jednej osoby. W takim przypadku przyjmiemy raczej symboliczne poznawanie rzeczywistości niż pojawienie się prawdziwego widma posiadającego rzeczywistość przedmiotową.
Zdarzają się jednak przypadki halucynacji zbiorowych, w których jedno zjawisko widzi całkiem tak samo i równocześnie większa liczba osób. Jak można pojąć, że dwie czy cztery osoby w tej samej chwili mają zupełnie zgodną halucynację, jeżeli jest ona tylko widziadłem bez żadnego materialnego podłoża?
Prawdziwe halucynacje zbiorowe zdarzają się bardzo rzadko. Jeżeli można prawdopodobnie naliczyć ponad tysiąc rzeczywiście stwierdzonych halucynacji pojedynczych, to da się przytoczyć zaledwie około dziesięciu przypadków rzeczywistych, dostatecznie potwierdzonych halucynacji zbiorowych.
Ograniczę się do jednego przykładu.
W bitwie pod Tel el Kebir oficer marynarki angielskiej [fragment tekstu nieczytelny]. Przynoszą go na okręt szpitalny na Malcie, gdzie pielęgnuje go i czuwa przy nim żona admirała. Choroba jednak pogarsza się z dnia na dzień, a rana staje się rakowata. Pewnego wieczoru admirałowa, znużona długim czuwaniem, pyta lekarza, czy może pozostawić chorego na noc samego. Lekarz zapewnia ją, że na razie nie ma żadnego niebezpieczeństwa, toteż admirałowa udaje się do swojego pokoju, pozostawiając otwarte drzwi do sąsiedniej sypialni swojego jedenastoletniego syna.
W nocy chłopiec nagle się budzi, zrywa z łóżka i woła: „Mamo, tu jest Major”. Rzeczywiście, matka przez otwarte drzwi widzi mglistą postać rannego, unoszącą się przez pokój syna powoli w stronę okna i znikającą. Obie jego nogi były niezranione. Udaje się natychmiast do sali szpitalnej i dowiaduje się, że major umarł przed chwilą.
W związku z tym można by wspomnieć również o obserwacjach czynionych w tak zwanych domach nawiedzanych. Poza bardzo rzadkimi przypadkami opierają się one jednak na opowiadaniach niezwykle niepewnych. Ani Bozzano, który napisał o takich domach znakomitą i obficie udokumentowaną książkę, ani mój przyjaciel Kamil Flammarion, również autor podobnej książki, nie zdołali mnie przekonać. Faktem jest, że ilekroć przystępowano do naukowego badania domów nawiedzanych, znajdowano niewiele ponad świadome lub nieświadome oszustwo albo naiwną łatwowierność.
Na szczęście istnieje w parapsychologii przedmiotowej coś, co przewyższa samą obserwację — eksperyment. Otóż eksperymenty te, mimo krzyku, jaki podniósł się przeciw nim ze wszystkich stron i jaki zwykle podnosi się przy każdym nowym zjawisku, są wprawdzie niezbyt liczne, ale stanowcze.
Najpierw mamy eksperymenty Crookesa, a te pozostają niewzruszone. Ten wielki William Crookes, który odkrył nowy metal — tal, wynalazł rurki swojego imienia, stanowiące podstawę dzisiejszej radiografii, a następnie scyntylometrię, uwidaczniającą uderzanie atomów radu o płytę fosforyzującą, skonstruował ponadto pomysłowy aparat — radiometr, który obraca się wyłącznie pod wpływem światła. Otóż ten właśnie człowiek przeprowadził w dziedzinie parapsychologii przedmiotowej doświadczenia, które pozostaną ważne po wszystkie czasy. Miał szczęście eksperymentować z dwoma niezwykle silnymi mediami, być może najsilniejszymi spośród znanych: Douglasem Home’em i Florence Cook.
Jeżeli macie Panowie czas i ochotę, polecam Wam uważnie przeczytać obszerne sprawozdanie Crookesa z jego eksperymentów. Przekona Was ono o rzeczywistości tych faktów, chyba że postanowicie uważać Crookesa za głupca — a to byłoby dość głupie.
Przy jasnym oświetleniu Crookes widział, jak poruszają się stoły i krzesła, jak pojawiają się kwiaty i znikają, jak nad jego głową unosi się grająca harmonika. Słyszał również hałasy powstające bez dotknięcia przedmiotów. Wszystko to odbywało się przy pełnym świetle, w jego własnym laboratorium, w obecności uczonych czcigodnych i doświadczonych.
Crookes widział Florence Cook zdwajającą się w postaci zjawy. We własnej pracowni kilkakrotnie obserwował, przy świetle lampy fosforowej, jak zjawa Katie King rozmawiała z Florence Cook.
Jak mogło się stać, że faktów tych nie brano poważnie i uciekano się do różnych oszczerczych plotek, aby je wyjaśnić? W każdym razie dlatego, że wszyscy ludzie — a uczeni może jeszcze bardziej — boją się rzeczy nowych. Początkowo nie chciano uznać ani krążenia krwi, ani samolotu, ani telefonu, ani mikrobów. A gdy Crookes przedstawiał przekonujące dowody, śmiano się z niego.
Ach, i ja śmiałem się wraz z innymi. Ale dziś, gdy ujrzałem to, co ujrzałem, i po długim mozole oraz pracy przekonałem się wreszcie, że Crookes miał słuszność, uderzam się w piersi i mówię: „Pater peccavi” — Ojcze, zgrzeszyłem.
Jak wiadomo, eksperymenty Crookesa, mimo powagi mistrza i jego ściśle naukowego postępowania, nie przekonały ogółu. Jednak od czasów Crookesa zaobserwowano jeszcze wiele innych faktów, które rozszerzyły zakres parapsychologii przedmiotowej.
Przede wszystkim mieliśmy w Eusapii Palladino medium zadziwiające.
Mogę zapewnić, że żaden inny dział eksperymentów nie podlegał równie ścisłej kontroli ze strony tak wielu uczonych. Nieraz niechętni aż do niesprawiedliwości, zawsze nieufni, nieustannie troszczący się o jak najsurowsze badanie, uczeni z całego świata brali udział w doświadczeniach. Wszyscy zaś, którzy prowadzili swoje studia przez dłuższy czas, doszli do pewności.
Wyliczę ich tutaj, ponieważ te liczne, niemal uroczyste świadectwa ludzi prawych i rozumnych ze wszystkich krajów mają takie znaczenie, że nie zachwieją nimi tanie drwiny i żarty.
We Francji byli wśród nich: pułkownik Albert de Rochas, dyrektor biblioteki Szkoły Politechnicznej; Camille Flammarion, sławny astronom; Joseph Maxwell, prokurator trybunału w Bordeaux; Sabatier, rektor Wydziału Nauk w Montpellier; Arnaud de Gramont, mój kolega z Akademii i wybitny fizyk; Courtier, sekretarz generalny Instytutu Psychologicznego; Gabriel Delanne, inżynier; oraz Boirac, rektor Akademii w Dijon. We Włoszech byli to niemal wszyscy profesorowie fizjologii na uniwersytetach: Bottazzi w Neapolu, Foa w Padwie, Herlitzka w Turynie, sławny astronom Schiaparelli, a także Morselli, profesor kliniki psychiatrycznej w Genui i autor dwutomowego dzieła poświęconego wyłącznie eksperymentom z Eusapią Palladino. W Anglii i innych krajach: sir Oliver Lodge, Myers, Carrington, Ochorowicz, Schrenck-Notzing i Aksakow.
Rzadko można zebrać równie pokaźną liczbę poważnych i fachowych eksperymentatorów.
Nie chciałbym nadużywać znanego wyrażenia „magister dixit” — mistrz powiedział. Skoro jednak stale przeciwstawia się nam opinię ogółu, jest to tak, jak gdyby chciano powiedzieć: „vulgum pecus dixit” — pospolity tłum powiedział. Niech i tak będzie. Ja wolę magistra niż pecus.
Najważniejszym zjawiskiem występującym u Eusapii było to, które nazywa się telekinezą, to znaczy ruchem przedmiotów na odległość. Powiodło się nam wykazać, że takiego ruchu przedmiotów bez dotknięcia nie zawsze można przypisać działaniu kończyn lub rąk, pojawiających się tylko na chwilę i znikających, które mogłyby poruszać przedmioty.
Te twory, wychodzące z ciała medium, sprawiające wrażenie żywych, a po krótkim czasie znikające, nazwano ektoplazmą, czyli teleplazmą.
Otóż u Eusapii telekineza była objawem niezaprzeczalnym, niezależnie od tego, czy tłumaczy się ją ektoplastyką, czy w inny sposób.
W czasie, gdy przytrzymywano nogi, ręce i głowę Eusapii, ponad nasze głowy uniósł się melon ważący trzy kilogramy, znajdujący się w odległości dwóch metrów, a następnie spoczął na stole. Zjawisko to odbyło się w ciemności. Cóż to jednak ma do rzeczy, skoro ręce Eusapii były przez cały czas nieruchomo przytrzymywane?
Klawisze fortepianu, oddalonego o dwa i pół metra od Eusapii, pochylały się jak pod uderzeniem, nawet wtedy, gdy usta Eusapii zasłaniałem własną ręką.
Na tym samym seansie dotykały nas ze dwadzieścia razy jakieś ręce, a raczej kikuty przypominające ręce. Przedmioty poruszały się wokół nas i ponad nami. Wszyscy badacze wielokrotnie obserwowali te zjawiska.
Przeciw tym tak wyraźnie zarysowanym objawom podnoszono dwa zarzuty, które przytaczam Panom w całej ich naiwności.
„Eksperymenty udają się tylko w ciemności. A ciemność niemal na pewno prowadzi do oszustwa”.
W istocie u Eusapii, podobnie jak u większości mediów, potrzebna jest pewna ciemność, ale nie zupełna. Chodzi raczej o takie oświetlenie, jakie panuje w ciemni fotograficznej przy czerwonym świetle. Czy można ten zarzut brać poważnie?
Wyobraźmy sobie zdumienie fotografa, gdybyśmy w chwili, kiedy chce wejść do ciemni, aby wywołać zdjęcie, powiedzieli mu: „Nie, tutaj zapewne kryje się jakieś oszustwo. Przyjmę Pańskie zdjęcia tylko wtedy, jeżeli wywoła je Pan przy mnie, w jasnym świetle”.
Nie ma nic nierozsądnego w przypuszczeniu, że pewne zjawiska mogą występować tylko w ciemności.
Nie zapominajcie przy tym, Panowie, że u Home’a wszystkie objawy odbywały się przy zupełnie jasnym świetle.
Nie przeczę, że przyćmienie światła, w jakim odbywa się większość seansów, wymaga szczególnie wytężonej uwagi. Nasza uwaga była jednak stale zwrócona właśnie na możliwość oszustwa. Największą naszą troską było nie dać się oszukać.
Drugi zarzut jest równie dziecinny jak pierwszy. Powiadają, że Eusapia uwalniała jedną rękę i tą wolną ręką mogła robić, co chciała.
Jak gdybyśmy już na samym początku naszych badań nie pomyśleli o takiej możliwości oszustwa.
Przypuszczenie, że przez ćwierć wieku owych pięćdziesięciu wybitnych badaczy, którzy wielokrotnie eksperymentowali z Eusapią, zaniedbywało należytego przytrzymywania jej rąk, przewyższa przecież wszystko swoją niedorzecznością.
Eusapia była bardzo daleka od wszelkiego kuglarstwa. Nie miała żadnych pałeczek, pudeł, stolików ani luster. Nie miała również pomocnika. Przychodziła w prostej, obcisłej sukni z czarnego jedwabiu i można było zobaczyć, że niczego pod nią nie ukrywała.
Twierdzenie, że Morselli, Bottazzi, Foa, Ochorowicz, Lodge i ja wszyscy mogliśmy nie zauważyć, jak Eusapia uwalniała rękę, aby za jej pomocą wywoływać zjawiska telekinetyczne, jest nieskończenie niedorzeczne.
Jeżeli Panowie chcecie dowiedzieć się więcej o tych zjawiskach, przeczytajcie książkę Morsellego, mojego znakomitego przyjaciela i profesora Instytutu Psychiatrycznego w Genui. Będziecie mieli nad czym myśleć.
Po próbach z Eusapią przyszły dalsze eksperymenty, jeszcze bardziej rozstrzygające, ale trudno je objaśniać. Po pierwsze, bardzo rzadkie są media dające objawy fizyczne. Po drugie, media odznaczają się zazwyczaj nieznośną niestałością psychiczną. Nie można na nie liczyć. Często bywają chore, niedysponowane, w złym humorze, a ich wrażliwość bywa chorobliwa. Doświadczenia trzeba więc prowadzić niejako dorywczo. Wymagają one anielskiej cierpliwości, a bez niej łatwo porzucić próby, skoro — jak często się zdarza — nie powiodą się od razu. Potem wysuwają się zarzuty i podnosi wielki krzyk.
Czas nagli. Podam więc szybko jeszcze kilka eksperymentów ektoplastycznych. Najpierw są to doświadczenia przeprowadzone w willi Carmen w Algierze, o których każdy, a przynajmniej niemal każdy, sądzi, że zostałem tam w zabawny sposób wyprowadzony w pole. W rzeczywistości oprócz mnie był tam generał Noel, wybitny technik i komendant artylerii algierskiej, pan Demandrille, kapitan okrętu, dr Decrequy oraz inżynier Georges Delanne. Mimo to odpowiedzialnym za całe nieporozumienie uczyniono właśnie mnie, co napełnia mnie dumą.
Na czym polegało owo nieporozumienie? Otóż generał Noel miał arabskiego woźnicę imieniem Aresky, którego musiał zwolnić za kradzież owsa przeznaczonego dla koni. Chcąc się zemścić, Aresky rozgłaszał, że wślizgiwał się do przyciemnionego, zamkniętego na klucz pokoju, w którym prowadziliśmy badania, i „udawał zjawę”. Ponieważ udało mu się zdobyć zaufanie pewnego podejrzanego lekarza w Algierze, uzyskał dzięki temu możliwość występów w teatrze algierskim, gdzie wymachiwał białą płachtą według recepty z „Dzwonów z Corneville”.
Dzięki czcigodnemu Aresky’emu stwierdzono zatem, że:
złodziejski woźnica arabski może bezczelnie kłamać,
może wmówić swoje kłamstwa doktorowi medycyny,
może ustroić się w białą płachtę,
może w tej płachcie na scenie teatralnej odgrywać straszydła.
A to jest wszystko, co przeciwstawiano moim eksperymentom.
Późniejsze doświadczenia rehabilitują zresztą ową Martę (Ewę C.), którą oskarżano o poważne oszustwa. Obserwował ją z godną podziwu starannością Schrenck-Notzing, następnie pani Bisson, dr Geley, dr Bourbon i inni. Zdjęcia fotograficzne ukazywały u Marty zadziwiające ektoplazmy. Ubierano ją w kostium szczelnie zaszyty. Przeszukiwano wszystko i nieraz posuwano kontrolę tak daleko, że podawano jej środek wywołujący wymioty, aby mieć pewność, że niczego nie ukrywa w żołądku. Otaczali ją detektywi, chociaż nigdy niczego nie znaleziono. Przez całe lata Schrenck-Notzing i pani Bisson uzyskiwali objawy najniezwyklejsze, a następnie oboje opublikowali w obszernej książce wykonane wówczas zdjęcia fotograficzne.
Teraz chcą nam przeciwstawiać orzeczenia Sorbony.
Zaiste, moi czcigodni przyjaciele z Sorbony poświęcili się, aby przeprowadzić próby z Martą, a następnie po kilku posiedzeniach, w których brało udział po dwóch lub trzech członków, orzekli — do czego byli nie tylko uprawnieni, lecz również zobowiązani: „Nic nie widzieliśmy”.
Od razu publiczność, w swoim zaślepieniu, wyciągnęła z tego wniosek, który poddaję pod sąd Panów: „Ponieważ te, zresztą źle zorganizowane, posiedzenia na Sorbonie niczego nie wykazały, przeto nic nie ma na rzeczy”. Co za logika! Co za bystrość!
Mam największy szacunek dla moich przyjaciół z Sorbony, ale ośmielę się im przypomnieć, że ich poprzednicy spalili Joannę d’Arc i że wspomnienie to powinno wpoić w nich nieco więcej skromności.
Na zakończenie wspomnę jeszcze krótko o innych zjawiskach przedmiotowych. Brakuje mi czasu na ich szersze omówienie.
Wymienię Staintona Mosesa, duchownego protestanckiego, człowieka wysoce poważnego i moralnego, który uzyskiwał szmery, ruchy stołu i pismo bezpośrednie. Dalej należy tu Willy, z którym Schrenck-Notzing przeprowadził kilka serii poważnych eksperymentów, zapraszając do nich uczonych. Ci zaś odnoszą się szczególnie opornie do idei parapsychologicznych, a mimo to liczni profesorowie uczelni niemieckich uznali prawdziwość objawów.
Mamy wreszcie Kluskiego, który nie jest medium zawodowym i tylko w rzadkich przypadkach poddaje się eksperymentom. Geley i ja uzyskaliśmy z Kluskim odciski w przyniesionej przez nas parafinie, oznaczonej odczynnikiem chemicznym znanym tylko nam. Były to odciski dziecięcych rączek i nóżek, których żadnym sposobem mechanicznym nie można było wykonać sztucznie. Można je oglądać w Instytucie Metapsychicznym.
IX. Zakończenie
Moi drodzy przyjaciele! Dałem Panom tutaj tylko bardzo niezupełny przegląd wszystkiego, co można powiedzieć o parapsychologii przedmiotowej. Istnieją fakty nadzwyczajne, które dla mnie nie przedstawiają wątpliwości. Rozumiem jednak, że wobec rzadkości i niedostępności eksperymentów dowody są tutaj mniej stanowcze, mniej niewątpliwe niż w parapsychologii podmiotowej.
Fakty tej ostatniej stoją tak samo niewzruszenie jak najpewniejsze fakty fizjologii.
Mamy tutaj naukę całkiem nową, dopiero świtającą, która otwiera przed nami nieograniczone horyzonty.
Chociaż wydaje się Panom nowa, nieprzewidziana i wywrotowa, zauważycie, że nie zmienia w niczym tego, co mówiłem Wam o zjawiskach odżywiania i unerwienia. Nic w niej nie jest sprzeczne z tym, czego uczymy. Są to zjawiska nowe, nieoczekiwane, ale nie fakty sprzeczne. Uznacie je więc Panowie, ponieważ zapewne nie macie smutnej śmiałości zaprzeczania naukom płynącym z metody eksperymentalnej.
Są różne stopnie pewności. Gdy mówię, że istnieje miasto Rzym, jestem tego absolutnie pewny, tak jak pewny jestem istnienia parapsychologii podmiotowej. Wiem również na pewno, że istniało miasto Kartagina, ale ta pewność jest już mniej silna niż pewność dotycząca istnienia Rzymu. Chociaż jestem pewny, że istnieje parapsychologia przedmiotowa, nie odważyłbym się stwierdzać jej faktów z takim samym naciskiem jak faktów parapsychologii podmiotowej.
Pojmuję zupełnie, że wstrzymujecie się z wydaniem sądu o ektoplastyce. Za niepojęte uważałbym jednak, gdybyście wątpili w istnienie kryptestezji. Stwierdziliśmy bowiem na podstawie licznych i nieodpartych dowodów, że duch posiada zdolności tajemnicze, nam nieznane, które umożliwiają mu, bez pomocy zwykłych dróg zmysłowych, w sposób przynajmniej symboliczny uchwycić pewien wycinek rzeczywistości.
Moi Panowie! Kończę to krótkie przemówienie. Wyobrażam sobie, że jednym z wielkich zadań XX wieku będzie nadanie parapsychologii pełnego znaczenia. Zadanie jest trudne, ale dzieło wielkie, a rzeczą fizjologów będzie uczynić je pięknym.
Mieliśmy skłonność przypuszczać, że cała przyszłość wiedzy będzie prowadziła jedynie do udoskonalania termometrów, ulepszania galwanometrów, zwiększania wyrazistości mikroskopów i dalszego zasięgu teleskopów. Wiedza pójdzie jednak o wiele dalej. Nie poprzestanie na tych zdobyczach. Otwierają się przed nią światy dotychczas nieprzeczuwane.
Panowie jesteście młodzi i być może będziecie oglądali niektóre z tych nowych, cudownych horyzontów, parapsychologia bowiem rozwija się z niesłychaną szybkością. Ja nie ujrzę już tych szczęśliwych czasów, ale jestem dumny, że je przewidziałem.
*
Jest to wykład pożegnalny, który Richet, w związku z przejściem w stan spoczynku, wygłosił do studentów medycyny na Uniwersytecie Paryskim.
