


Czasami wydaje nam się, że świat dzieli się bardzo prosto. Są zwolennicy i przeciwnicy. Jedni wierzą, drudzy nie wierzą. Jedni praktykują, inni krytykują. W przypadku Metody Reiki ten podział od dawna nie jest jednak dla mnie taki oczywisty. Bo im dłużej jestem nauczycielem i mistrzem Metody Reiki, im więcej rozmawiam z ludźmi, tym bardziej widzę, że tych światów jest znacznie więcej. I co ciekawe — one nie przebiegają jedynie pomiędzy światem nauki a duchowością czy pomiędzy osobami wierzącymi i niewierzącymi. Równie mocno ścierają się ze sobą wewnątrz samego świata duchowego.
Od czasu do czasu podczas kursów słyszę pytania, które wracają jak echo: czy podczas inicjacji reiki nakładane są jakieś pieczęcie? Czy symbole reiki są czymś niebezpiecznym? Czy poprzez dostrojenie człowiek otwiera się na coś, czego nie powinien? Zawsze wtedy pytam: skąd pochodzi ta informacja? I właśnie tutaj zaczyna się problem. Bo bardzo często odpowiedź brzmi mniej więcej: „ktoś powiedział”, „gdzieś przeczytałam”, „ktoś tak czuje”. I właściwie na tym koniec. A przecież żebyśmy mogli ze sobą dyskutować, potrzebujemy czegoś więcej niż zasłyszanej opinii. Możemy rozmawiać o doświadczeniu, możemy rozmawiać o przekonaniu, możemy nawet zupełnie się ze sobą nie zgadzać — ale dobrze byłoby wiedzieć, na czym budujemy swoje twierdzenie.
Szczególnie określenie „pieczęcie reiki”, które w ostatnich tygodniach wracało do mnie wiele razy, jest dla mnie przykładem takiego niepotrzebnego straszenia. W reiki rzeczywiście używa się symboli, ale symbol nie staje się przez to automatycznie jakąś tajemniczą pieczęcią. Znak może pomagać w skupieniu uwagi, może być pewnym kluczem mentalnym, może przypominać określony wzorzec pracy. To wszystko. Jeżeli ktoś przypisuje mu zupełnie inne znaczenie, ma oczywiście prawo do swojej interpretacji, ale wtedy dobrze powiedzieć uczciwie: „tak to rozumiem”, zamiast przedstawiać własne przekonanie jako niepodważalną prawdę. Internet lubi sensacje. Duchowość, niestety, też czasem je lubi. A wystarczy niewielka wątpliwość, jedno mocne zdanie przeczytane w nie-odpowiednim momencie, aby zaczęło pracować w człowieku jak mały wirus. Nawet jeżeli wcześniej dziewięćdziesiąt dziewięć procent naszego doświadczenia mówiło nam coś zupełnie innego.
Być może właśnie dlatego wiele lat temu przestałem używać słowa „inicjacja”. Nie czułem go. Inicjacja kojarzy mi się z wtajemniczeniem, z czymś ukrytym, z wejściem do jakiegoś zamkniętego świata. Wolę mówić: dostrojenie. To słowo jest dla mnie prostsze i przede wszystkim prawdziwsze. Bo dobrze oddaje to, jak rozumiem ten proces.
Najczęściej porównuję go do odbiornika radiowego. Wokół nas znajdują się fale, których przecież nie słyszymy bez odpowiedniego urządzenia. Radio musi zostać dostrojone do określonej częstotliwości, aby odebrać konkretną stację. Jeżeli zaczniemy delikatnie odchodzić od właściwego ustawienia, najpierw pojawi się szum. Potem muzyka będzie coraz mniej wyraźna, aż w końcu prawie całkowicie zniknie. Używam tu oczywiście metafory — nie twierdzę, że reiki jest falą radiową mierzoną w hercach. Ten obraz po prostu bardzo dobrze pokazuje to, co dla mnie dzieje się podczas dostrojenia.
Nauczyciel reiki nie daje uczniowi energii. Nie jest jej właścicielem i nie ma jej w kieszeni, żeby później podzielić pomiędzy uczestników kursu. Energia reiki — w moim rozumieniu — jest obecna niezależnie od nas. Nauczyciel pomaga uczniowi rozpoznać jej wzorzec, zaprzyjaźnić się z nim, doświadczyć go i nauczyć się do niego świadomie wracać. Na poziomie fizycznym uczymy pozycji dłoni, ćwiczeń, filozofii i zasad pracy. Dostrojenie ma natomiast wymiar duchowy. Pokazuje pewien wzorzec i pozwala go zapamiętać. Tyle. Tak niewiele i aż tak wiele.
Co więcej, nie sądzę, aby człowiek przed kursem był całkowicie oddzielony od reiki. To byłoby sprzeczne z samą ideą energii życia. Są osoby, które naturalnie mają bardzo dobry kontakt z tym, co nazywamy energią reiki, choć nigdy nie uczestniczyły w żadnym szkoleniu. Problem w tym, że bardzo trudno uczciwie powiedzieć o samym sobie: „ja już tego nie potrzebuję”. Im dłużej zajmuję się rozwojem duchowym, tym bardziej widzę, że prawdziwe rozeznanie często idzie w parze z pokorą, a nie z przekonaniem o własnej wyjątkowości.
Człowiek rodzi się, doświadcza świata, uczy się, przeżywa lęk, złość, smutek, stratę, ale także miłość, radość i spełnienie. Wszystko to nas kształtuje. W języku mojej metafory — dostraja i rozstraja. Kontakt ze wzorcem nigdy całkowicie nie znika, ale może zostać przykryty ogromną ilością szumu. I właśnie dlatego reiki postrzegam nie jako coś obcego, co zostaje człowiekowi dodane, lecz jako możliwość przypomnienia sobie pewnego wzorca.
A czym jest źródło, z którego — jak mówimy w reiki — ta energia pochodzi? Tego pytania właściwie nie potrafię zamknąć w jednej definicji. I chyba nie chcę. Bóg? Absolut? Pierwotna energia życia? Każde z tych określeń jest już jakąś formą. Dla mnie źródło jest pełnią. Jest dobrostanem, dobrobytem, możliwością, spełnieniem. Jest początkiem i końcem jednocześnie. Jest miejscem, w którym noc staje się dniem, a dzień nocą. Wzorcem, matrycą, czymś, czego nie da się do końca opisać, bo każda definicja natychmiast wycina tylko mały fragment większej całości.
Dlatego kiedy słyszę pytanie, czy reiki, prana, qi, ki czy mana są tą samą energią, odpowiadam: tak… i nie do końca. Źródło może być jedno, ale człowiek nadaje energii nazwę, formę, sposób pracy, filozofię i znaczenie. Sama nazwa staje się pewnego rodzaju kluczem mentalnym. Kiedy mówię „reiki”, uruchamia się cały związany z tym wzorzec doświadczenia, wzorzec energoinformacyjny. Kiedy ktoś mówi „prana” albo „qi”, wchodzi w inną tradycję, inny język, inne obrazy.
Lubię porównywać to do gliny. Glina jest jedna. Możemy jednak zrobić z niej dzban, misę, cegły albo ozdobę. Materiał pozostaje ten sam, ale forma i sposób wykorzystania już nie. Tak samo widzę różne systemy pracy z energią. Źródło może być wspólne, ale forma nadana przez tradycję i ludzi powoduje, że doświadczenie nie musi być identyczne.
Podobnie rozumiem samo słowo reiki. Rei jest dla mnie aspektem duchowym. Modlitwą, która łączy niebo z ziemią i otwiera przestrzeń na życiodajny deszcz. Ki jest życiem, pokarmem, czymś gotowym do przyjęcia, czymś, co może odżywić ciało i przywrócić mu siłę do działania. Nie traktuję tego jako słownikowej definicji japońskich logogramów, ale jako mój własny sposób rozumienia ich symboliki. Rei łączy. Ki odżywia. To co duchowe spotyka się z fizycznym.
I właśnie tutaj dochodzimy do jeszcze jednego problemu. Człowiek bardzo lubi ulepszać. Czasem nawet coś, co już działa. Łączymy systemy, dokładamy praktyki, symbole, rytuały, własne interpretacje. Samo w sobie nie musi być w tym nic złego. Możemy się od siebie uczyć. Problem zaczyna się wtedy, kiedy przestajemy słuchać metody, a zaczynamy słuchać przede wszystkim własnego ego. Kiedy chcemy być bardziej niezwykli niż metoda, którą uczymy. Bardziej wtajemniczeni, bardziej wyjątkowi, bardziej uduchowieni.
Dla mnie metoda jest trochę jak rzeka. Możemy podpłynąć do jednego brzegu, potem do drugiego, możemy zatrzymać się, zobaczyć coś po drodze. Ale główny nurt nadal płynie środkiem. Im dalej odchodzimy od nurtu, tym większe ryzyko, że zaczniemy nazywać reiki czymś, co z reiki ma już niewiele wspólnego. Zdrowa interpretacja rozwija metodę, ale nie odcina jej od źródła. Nadinterpretacja zaczyna się wtedy, gdy bardziej zależy nam na pokazaniu siebie niż na tym, aby pozwolić metodzie działać.
Dlatego nie przeszkadza mi, że ludzie widzą duchowość różnie. Nie każdy musi praktykować reiki. Nie każdy musi ją rozumieć tak jak ja. Wolna wola jest częścią tej drogi. Jedni pójdą ścieżką reiki, inni kundalini, jeszcze inni wybiorą zupełnie inną drogę. Źródło może być jedno, cel może być podobny, ale pomiędzy nimi znajduje się człowiek ze swoją wolnością. A wolność oznacza również prawo do wyboru drogi.
Jest jednak jedna rzecz, o której jestem głęboko przekonany. Człowiek nie przychodzi na świat po to, aby cierpieć. Nie wierzę, że naszym naturalnym wzorcem jest smutek, bezradność czy choroba. Rodzimy się z potencjałem radości, spełnienia, spokoju, nadziei i dobrostanu. I być może właśnie po to mamy różne drogi — żeby ten wzorzec sobie przypominać.
Dla mnie jedną z tych dróg jest Metoda Reiki. Różne światy. Różne nazwy. Różne doświadczenia. Ale być może źródło jest jedno (?).
Tekst opublikowany w Polskim Magazynie Reiki 1/2026 JESIEŃ
